Jeśli nie oni, to kto? Wywiad z Tomkiem Szpaderskim - muzykiem zespołu Kamp!

Kamp!
Kamp! materiały promocyjne Kamp!
Wywiady są niewdzięczne. Najciekawsze fragmenty życiorysu bohater zachowuje dla siebe. Pikantne ciekawostki i osobiste uwagi na temat innych zostają udostępnione uszom lojalnego interlokutora z klauzulą - "nie do publikacji". Do wiadomości powszechnej trafiają informacje rzeczowe i bez większych kontrowersji. Może kiedy Kamp! podbije zachodnie rozgłośnie usłyszymy więcej. Na razie są nowicjuszami, nigdy nie byli "umocowani" w branży. Zdobyli popularność dzięki muzyce (co nie musi być wcale takie oczywiste) i bez wątpienia są obecnie największą nadzieją polskiej muzyki pop na zagraniczny sukces.

Tomek Szpaderski: Nie za późno ten wywiad?

Michał Sobolewski: A nie za późno wydaliście tę płytę?

To jest akurat pytanie standardowe, dlatego odpowiem na nie standardowo. Trzeba było czekać tyle, ile było trzeba. Nie jest tak, jak myśli większość, że od momentu założenia zespołu myśleliśmy o nagraniu longplaya.

Czyli chcesz powiedzieć, że zaczęło się niewinnie, hobbystycznie? Kiedy dzieci się nudzą nagrywają przeboje?

Nie, ale pierwszy okres działalności Kamp! to były bardziej poszukiwania stylistycznie, szukanie porozumienia w zespole, docieranie się, wypracowanie swojego brzmienia. Chcieliśmy wykreować wspólną wizję zespołu.

Praca nad płytą długogrającą zaczęła się tak naprawdę od wydania Heats i trwała 2 lata.

Tworzycie w podobnej stylistyce już ok. 4 lat.



Kiedy zdobywaliście popularność, graliście muzykę, która święciła triumfy na świecie. 2008 - Cut Copy – In Ghost Colours, późnie fala chill wave’u. Teraz sytuacja wygląda następująco. Cut Copy nigdy nie sięgnęli poziomu z końca pierwszej dekady XXI wieku, Delorean ostatni album nagrał w 2010, moje ukochane, nieśmiertelne Air France rozwiązało działalność. Zajawka na wykonawców pokroju Neon Indian, Washed Out, Millionyoung też jest mniejsza. Pojawia się pytanie, czy ich twórczość wytrzyma próbę czasu, czy była to tylko sezonowa moda.Pojawiają się opinie (jak np. recenzja w Aktiviście), że „jak na Polskę – super“, ale „na świecie to już było“. Czy nie żałujesz, że nie wstrzeliliście się w moment? Że na taki materiał jest trochę za późno?


Nie chcemy ukrywać, że w pewnym sensie jesteśmy epigonami tego całego revivalu lat 80. i sceny chill wavowej. Nie zaprzeczamy też, że często przytaczane w naszym kontekście Cut Copy bardzo nas inspirowało. Jednak nie czujemy się specjalnie częścią jakiejś sceny elektropopowej. Ta płyta, z resztą, miała być pewną formą ucieczki od takiej estetyki. Nie ma na niej zbyt wielu „bangerów“ takich jak Distance of The Modern Hearts.

Wielu zwracało na to uwagę. Spodziewając się samych parkietowych wymiataczy, byli zaskoczeni często spokojnym charakterem tej płyty.

Dokładnie. Zrobiliśmy to z pełną świadomością. Może to był jakiś tam błąd „marketingowy“, ale my tego na pewno jako błędu nie postrzegamy. Chcieliśmy jakoś tym ruchem oddalić od siebie porównania do wspomnianej sceny synth-popowej, świadomie podkreślić swoją tożsamość i zaprzeczyć trochę potencjalnym zarzutom, że bezmyślnie kserujemy światowe trendy.

Przy pracy nad albumem staraliśmy się nie myśleć o tym czy wstrzelimy się w modę czy nie. Chcieliśmy nagrać po prostu jak najlepsze piosenki. Chociaż brzmienie było cyzelowane skrupulatnie do samego końca, to jednak zawsze najważniejsze były dla nas melodie. Gdyby każdy muzyk zastanawiał się nad tym, czy nadąży za modą, wpadłby w obsesję. Dodatkowo, w takim wyścigu z reguły byłby skazany na porażkę. Zanim by przygotował materiał, modne byłoby już co innego.

Zespołem, który dla mnie nie podąża za trendami i osiąga sukces jest Beach House. Ich wszystkie płyty wydawały się być nagrane w momencie, kiedy wcale na taką muzykę nie było mody. Organy, gitara, minimalistyczna perkusja. I pomimo tego, że „indiepop się co roku kończy“, te piosenki są mistrzowskie. Nie chcę przez to powiedzieć, że można nas stawiać w jednym szeregu z Beach House, ale nie chcieliśmy żeby postrzegano nas tylko przez pryzmat brzmienia i szuflady do której zostaniemy przypisani. Nie chcieliśmy być tylko estetyką. Chcieliśmy grać dobrą muzykę i wydaje mi się, że to nam się w niektórych momentach udało.

A skąd się wzięła w ogóle Wasza sympatia do lat 80.? Czy bodźcem był właśnie ten revival 80’sów czy zasłuchiwaliście się w płytach z tego okresu już wcześniej.

Na pewno zaczęło się od naszego muzycznego tła, czyli lat 80., lat naszego dzieciństwa, młodości – muzyki, którą chłonęliśmy często wtedy jeszcze nieświadomie, ale która była częścią naszego otoczenia, które nas kształtowało. Później odkrywaliśmy 80’s jako pasjonaci muzyki, nie będąc jeszcze muzykami. Revival lat 80’s był za to sporą inspiracją jak tę muzykę można ugryźć na nowo i my też chcieliśmy ugryźć ją na nowo – na swój sposób.



Sami, w całości, wyprodukowaliście ten album?

Tak. Co prawda rozmawialiśmy w trakcie pracy z trzema różnymi producentami, szczególnie w chwilach zwątpienia, zagubienia. Za każdym razem wszyscy byli mniej więcej podobnego zdania – że my nie potrzebujemy producenta, ponieważ jesteśmy w stanie sami napiać piosenkę, zaaranżować ją, dobrać odpowiednie brzmienie i przekazać to co chcemy przekazać. Te rozmowy były bardzo budujące i dodawały nam odwagi i pewności siebie. Sami musieliśmy podejmować decyzję, a nie liczyć na to, że ktoś to zrobi za nas. Gotowy materiał miksowaliśmy u Bartka Szczęsnego, ale ten ostatni etap nie miał wpływu na aranżacje, tylko na ostateczne brzmienie.

Album brzmi naprawdę świetnie. Czy nie myśleliście w takim razie o tym, żeby zająć się produkcją?

Zawsze jest to dla nas jakaś furtka gdy będziemy już starzy, ale wolałbym ten moment odwlekać jak najdłużej. Chcielibyśmy po prostu robić obecnie jak najwięcej swoich utworów.

Jak doszło do współpracy z Discotexas?

Historia jest bardzo prosta. Nasz ówczesny manager wysłał e-mail do wytwórni czy nie byliby zainteresowani wydaniem naszej muzyki. Discotexas odpisali, że tak.I tyle. Na początku lutego powinien się ukazać singiel do utworu Melt w z trzema remiksami.


A jak bardzo pomogło Wam to wydawnictwo? Remix Moullinexa stał się pewnie bardziej popularny za granicą niż oryginał.

Nie był to jakiś wielki przełom, ale z pewnością był. Discotexas nie jest dużą wytwórnią, ale ich nazwa ma większą siłę przebicia za granicą niż nazwa Kamp! czy Brennnessel. Także remixy, jak choćby ten zrobiony przez Moullinexa, spowodował, że na pewno więcej się o nas pisało, zaistnieliśmy wyraźniej w zachodniej blogosferze.



Głośno jest ostatnio w łódzkim światku muzycznym o Bajkonurze. Trzy sale prób, studio nagrań. Gra tam ok. 30 zespołów, m.in. 19 Wiosen, Cool Kids Of Death, Revlovers. Wy jednak wolicie mieć swoje miejsce, nagrywać w domowych warunkach.

Zawsze byliśmy trochę na uboczu. Ludzie, siłą rzeczy, klasyfikują nas do łódzkiej sceny muzycznej. Natomiast my, przez bardzo długi okres, nie znaliśmy osobiście muzyków z naszego miasta. Nie byliśmy częścią tego środowiska. Na przykład członków Cool Kids Of Death poznaliśmy dopiero w momencie, kiedy zrobiliśmy im remix. Lubimy być z boku. Między innymi dlatego nie przenieśliśmy się do Warszawy mimo, że wiele osób roztaczało przed nami świetlane wizje. Ale nie jest też tak, że zamykamy się tylko w swoim świecie czego dowodem mogą być nasze remixy innych wykonawców.

No właśnie. Jednym z utworów, które z pewnością poszerzyło grono Waszych słuchaczy (już nie tylko Trójka, ale też Planeta FM) był remix Brodki Dancing Shoes. Kto wyszedł z propozycją?

To Brodka się do nas zgłosiła, a w zasadzie nie ona bezpośrednio, bo jej też, nawiązując do poprzedniego wątku, osobiście nie poznałem. Michał z Radkiem poznali się kiedyś przelotem z Moniką podczas wspólnego Dj setu w Warszawie, ale była to jednorazowa wymiana ukłonów, na długo zanim w ogóle zrodził się pomysł kooperacji. Wszystkie ustalenia dotyczące remixu odbyły się na poziomie managementu.
Propozycja też przyszła do nas akurat w momencie, kiedy kończyliśmy album i nie bardzo mieliśmy głowę by się tym zająć. W rezultacie okazało się, że czasami szybka akcja, bez nadmiernego cyzelowania, potrafi przynieść dobry efekt. Nie zastanawiając sie długo, wokal Moniki złożyliśmy z fragmentami naszego starego utworu, którego do tej pory nie wykorzystaliśmy i zaskoczyło.



Byłeś pierwszą osobą w zespole, która postawiła wszystko na jedną kartę. W pewnym momencie zdecydowałeś się odejść z pracy i w całości zaangażować się w Kamp!

Pierwszy był tak naprawdę Radek, ale de facto on wcześniej nie pracował, więc też nie miał z czego rezygnować.
Była to decyzja trudna i ryzykowna. Media kreują co chwilę nowe „odkrycia“ muzyczne, są hype’y, przehype’y. Trendy, o których mówiliśmy na początku. Nie wiem co byłoby, gdybym nie zdecydował się na ten krok. Wiem natomiast, że pomimo wielu plusów – tego, że mówiąc kolokwialnie, jestem farciarzem bo żyję i utrzymuję sie z tego co jest moją pasją − są też minusy. Kiedy muzyka staje się twoim jedynym głównym zajęciem myślisz o niej bezustatnnie. Normalnie masz inne obowiązki, problemy, idziesz do pracy, wykonujesz zadania. Teraz, budząc się myślę o kawałkach i zasypiając tak samo. Wychodząc po nieudanej próbie, albo będąc zmuszonym do rozstania się z pomysłem, który wydawał się dobry i któremu poświeciłem mnóstwo czasu i emocji, gryzę się przez całą dobę. Jest to z pewnością bardziej obciążające.

Ruszyła sprzedaż. Byliście jednym z najbardziej wyczekiwanych polskich zespołów. Nie można jednak było was znaleźć np. w zestawieniu OLIS.

Nie ufam temu OLIS-owi (śmiech). Poza tym nie jesteśmy zrzeszeni w ZPAV, dlatego nasz album nie jest klasyfikowany w tym zestawieniu. My ze sprzedaży jesteśmy bardzo zadowoleni i zaskoczeni tym, że musieliśmy jeszcze dotłoczyć kolejną partię nakładu. Tym bardziej, że dostawaliśmy mnóstwo sygnałów, że wydajemy album w najmniej odpowiednim momencie. Przed świętami, gdzie triumfy święcą składanki z kolędami, a za oknem zima, podczas gdy nasza muzyka jest z pewnością bardziej letnia.

Pytam o tę sprzedaż bo nurtuje mnie fakt, że nie trafiliście do oficjalnych zestawień. W Trójce był taki okres, że włączając radio, miało się kilkadziesiąt procent szans, że w przeciągu pół godziny będzie można usłyszeć Wasz kawałek. Na koncertach jest komplet. W Łodzi zagracie w Wytwórni, czyli poziom niżej od koncertu w hali sportowej i dwa poziomy niżej niż stadion. Mimo to, nie odzwierciedliło się to w sprzedaży. Gdzie jest pies pogrzebany?

Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć. Gramy muzykę oscylującą wokół mainstreamu, czasami wręcz niebzpiecznie się do niego zbliżając, mamy 26 tys. fanów na Facebooku..., ale z drugiej strony jesteśmy bardzo zadowoleni z poziomu sprzedaży naszej płyty. Co więcej, uważamy, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Jeszcze 10 lat temu nie znałem prawie żadnego polskiego zespołu. Trochę sam się wykluczyłem ze słuchania polskiej muzyki współczesnej. Nie odnajdywałem tam nic dla siebie. Teraz jest zupełnie inaczej. I nie jest to tylko skutek tego, że sam poniekąd stałem się częścią polskiej sceny. Istnieje coraz większa szansa, że polscy wykonwacy zaczną być szerzej rozpoznawalni za granicą, o czym jeszcze parę lat temu trudno było marzyć.

Sporo osób, które chciały kupić płytę w dniu premiery myślały, że cały nakład rozszedł się na pniu, nie mogąc jej nigdzie dostać. Było jednak inaczej.

Tak, mieliśmy po prostu poślizg w dystrybucji. Niektórzy podejrzewali nas nawet, że mamy jakąś marketingową strategię, jak Steve Jobs. Prawda była taka, że po prostu wystąpiły problemy, których nie mogliśmy przewidzieć. Ale może dzięki temu, w rezultacie, sprzedaliśmy więcej płyt (śmiech).



Zyskujecie na popularności. Zmienia się też pewnie publika.

Tak, więcej fanów przybywa, ale części też, przynajmniej na koncertach, ubywa. Występuje znany mechanizm. Dla niektórych osób największą wartością było chodzenie na koncerty i słuchanie Kamp! kiedy byliśmy prawie nieznani. „Teraz to już nie to samo. „Kiedyś było lepiej“ – można usłyszeć. Podczas, gdy my naprawdę cieszymy się z tego, że możemy występować w lepszych klubach, że fani mają lepsze warunki do odbioru naszej muzyki, że mają gdzie zostawić kurtkę itp. Gramy to samo co graliśmy od samego początku, ale dla niektórych, jako zbyt popularny towar, nie jesteśmy już atrakcją. Tradycyjnie, zdarzają się też wyrzuty i stwierdzenia z przekąsem – „no, teraz jesteście gwiazdami“. To normalne – jest to wyznacznik jakiegoś sukcesu komercyjnego.

Możesz mieć wpływ na to, żeby to, co robisz było na najwyższym poziomie i w zgodzie z samym sobą, ale nie mamy wpływu na to, co ludzie o nas mówią i kto przychodzi na nasze koncerty. Nie zabronimy wpuszczać fanek w wieku -naście tylko po to, żeby zadowolić małe grono malkontentów i wykreować dla nich poczucie uczestniczenia w czymś elitarnym. Mamy takie ryje jakie mamy i gramy muzykę taką jaką gramy.

Beatlesi, uważani za jeden z najważniejszych zespołów w dziejach muzyki popularnej, też przecież byli w swoim czasie rozrywani przez hordy nastoletnich grouppies.
Opowiedz na koniec o poszukiwaniu wydawcy. Wydawałoby się, że z grona zespołów, które nie wydały jeszcze płyty powinniście być zespołem rozchwytywanym przez potencjalnych wydawców. W zasadzie wydanie waszej płyty powinno być interesem bez większego ryzyka
.

Zacznijmy od tego, że nigdy nie mieliśmy w głowie polskiej wytwórni, w której wydanie płyty byłoby naszym marzeniem, która byłaby dla nas stworzona. Nie ma też wytwórni, której sposób funkcjonowania, jej działania, wartości jakoś by nas zachwycały i uwodziły. Jest Lado ABC, które bardzo cenimy, ale nie chcieliśmy się tam wpychać na siłę, czując że nie pasujemy tam po prostu stylistycznie. Podobnie − U Know Me. Dlatego też, nie szukaliśmy wydawcy jakoś bardzo intensywnie, choć przez długi czas nie wierzyliśmy, że możemy to zrobić samemu. Odbyliśmy kilka rozmów. Był nawet taki moment, że wydawcy częściej pukali do nas niż my do nich. Natomiast im głębiej wnikaliśmy w warunki umowy tym dalej byliśmy od jej podpisania. Chcieliśmy mieć wszystko pod kontrolą. Samodzielne wydanie było konsekwencją naszej dotychczasowej postawy.

A za granicą? Gracie muzykę internacjonalną, „zrozumiałą“ dla różnych narodowści, w stylu popularnym na całym świecie. Nie jest to przypadek wielu polskich filmów – poruszających dla nas i niezrozumiałych dla auslanderów.

Cały czas głęboko wierzymy, że uda się wydać tę płytę za granicą. Mamy sporo pozytywnych sygnałów. Single wydane w Discotexas, zaproszenia na koncerty za granicą, udział w kilku ważnych festiwalach, jak choćby SXSW, na który jedziemy po raz kolejny w tym roku.



A nie myśleliście, by zorganizować sobie trasę po Europie, wielu zagranicznych muzyków, którzy trafiają m.in. do Owoców i Warzyw, tak właśnie postępuje. Nie mają z tego kokosów, wychodza pewnie z niewielkim plusem, ale co dzień lub dwa są w innym mieście, co tydzień w innym kraju. Grają po kilkanaście, kilkadziesiąt koncertów.

Mamy trochę inne podejście. Wolimy poświęcić ten czas na pracę w studiu, której efektem może być dopracowana mp trójka, którą potem możemy wysłać do wydawnictwa. Moglibyśmy zagrać taką trasę dla własnej przyjemności, ale nie spodziewając sie raczej tego, że dzięki niej zainetresuje się nami jakaś zagraniczna wytwórnia. Nie liczymy na to, że jadąc do Berlina, a potem do Goerlitz, a potem jeszcze gdzieś, w którymś z klubów przez przypadek znajdzie się osoba z 4AD, która się nami zachwyci.

A co przyniosła wam wizyta na wspomnianym SXSW w Austin?

Na razie wiele niesprecyzowanych kontaktów (śmiech), ale były też konkrety, jak na przykład zaproszenie na festiwal Exit w Belgradzie. Udział w SXSW jest pewnym znakiem jakości dla zespołu i na pewno podnosi wiarygodność wykonawcy w oczach promotorów i organizatorów. Poza tym, jeśli mamy podczas koncertu trafić na kogoś, kto zmieni nasze życie, albo pozwoli spełnić nasze marzenia z dzieciństwa – to właśnie na takich festiwalach showcasowych.

Rozmawiacie z kimś aktualnie na temat wydanictwa na zachodzie?

Mieliśmy kilka konkretnych rozmów, czasem nawet z osobami, o których nie śmielibyśmy pomarzyć. Jak sam jednak możesz zauważyć, nic z tego nie wyszło, także nie ma co tego komentować. Nie chcemy na razie nic obiecywać. Przecież nasz debiut miał się ukazać dwa latemu. Pracujemy i cierpliwie czekamy.

Trwa ładowanie komentarzy...