O autorze
Kocha Łódź - często bez wzajemności. Bywa ona chimeryczna, niewdzięczna, chamska i leniwa. Mimo to, razem z Anią Marczyk prowadzi tu dwie knajpy: Owoce i Warzywa oraz Spaleni Słońcem. Razem zorganizowali lub byli współorganizatorami blisko 200 wydarzeń kulturalnych w mieście. Choć prowadzenie baru i intensywny kontakt z duża grupą ludzi może poharatać psychikę, bezpośrednia styczność z reprezentantami różnych środowisk pozwala spojrzeć na kondycję i zjawiska zachodzące w mieście z szerszej perspektywy.

Corner Market - sklep dla miejskich artystów

Ponad miesiąc temu w samym środku miasta, w zagłebiu dudniących kebabów, gdzie w weekendy krzyżują się zakrzywione trajektorie pijanych spod Kaskady i tych z pobliskiego sklepu nocnego, w cieniu arkad, otworzył się Corner Market, zmieniając nieco oblicze tej ziemi.

Tępe spojrzenie wołu, sylwetki na szeroko rozstawionych nogach, w półzgięciu, gęby rozgrzane gorzałą do czerwoności, z których leje się mieszanka sosu, śliny i szczątków szawarmy wprost na kostkę bauma reprezentacyjnej ulicy Piotrkowskiej. W skrócie, stado „ostrych baranów“. Nocna wizyta w okolicach tego skrzyżowania od razu przywołuje na myśl rozważania Roberta de Niro z filmu Taksówkarz. I nagle w tym orientalno-słowiańskim kotle nasz wzrok przyciąga element wielkomiejski i europejski – owy Corner Market – pierwszy w Łodzi sklep z zaopatrzeniem dla miejskich artystów. Opowiada mi o nim właściciel Tomasz Kokosowicz.





W Corner Markecie znajdziemy artykuły malarskie, farby w sprayu, markery (m.in. MTN Colors, Belton, Molotow, Krink, Grog, Sharpie, Dope), aparaty lomo, t-shirty (Dzieńdobry, Bombastickz, BlackDots, FeFe, Illegalonly). Jak tłumaczy Kokoswicz, do tej pory w spraye można było zaopatrzyć się głównie w sklepach samochodowych. Czasami w skejtszopach, albo sklepach hip hopowych. Brakowało miejsca, które zajmowałoby się tylko zaopatrzeniem dla twórców z nurtu urban art.

Łodzi brakuje jednak wielu rzeczy, dlatego interesuje mnie co jeszcze skłoniło Kokosa do otworzenia stacjonarnego sklepu. Można przecież siedzieć w zapyziałej kanciapie i pchać rzeczy przez internet, a nie pakować się w koszty czynszu, ogrzewania i światła. Czy wynajem lokalu ma pomóc w promocji i w zdobywaniu nowych klientów? Przykład OFF Piotrkowska pokazał, że własnych parę metrów z szyldem w śródmieściu podnosi powszechną świadomość marki. Dzięki przeprowadzce każdy uczestnik OFFa znalazł się w szerszym niż tylko niszowym, branżowym obiegu, robiąc dokładnie to samo, co wcześniej. Kokosowicz przyznaje, że również trochę na to liczy. Już udaje mu się pozyskać klientów, którzy na pewno nie zajrzeliby do sklepu internetowego czy ukrytej w garażu mety. Oprócz stałych klientów ze „środowiska“, farby kupiła też pani, która maluje ozdoby choinkowe i pan, który odnawia synowi rower. I taki ma być Corner. Kokos nie chce, by był to typowy graffshop, ale sklep otwarty również dla artystów różnych dziedzin, dla amatorów, pasjonatów i malarskich majsterkowiczów.

Ale czy takie miejsce ma szansę się utrzymać? W Łodzi, gdzie pewnym interesem wydaje się być tylko apteka i monopol? Obaj z Kokosem chcemy wierzyć, że tak, ale mój rozmówca zauważa jedną ważną rzecz.

W Łodzi mamy ASP, filmówkę i wiele innych uczelni, a jeśli chodzi o street art dzieje się tu zaskakująco niewiele. Rzadko kiedy na murach można zauważyć coś ciekawego. Pod tym względem do Warszawy czy Wrocławia nie mamy się co porównywać. Zresztą, takich sklepów jak ten jest przynajmniej po kilka w każdym większym mieście“.

Przyjaciel Kokosa, który od czasu do czasu włącza się do rozmowy uważa, że miasto bez pomalowanych ścian nie żyje. Jest wielu przeciwników grafitti, ale według mnie trudno się nie zgodzić z tezą, że pomalowane mury mówią, są medium komunikacji między jednostką a społeczeństwem, stanowią przestrzeń wyrazu, są zaznaczeniem osobowości, pewnym przejawem aktywności i zaangażowania. Czy to kolejny dowód na to, że Łódź zdycha?

Na pewno jest to kolejny dowód na to, że żyjemy w mieście ułudy, naciąganego pr-u. Przecież Łódź jest polską stolicą street artu. Pompowana Galeria Urban Forms, jej wielkoformatowe murale i światowe gwiazdy naściennego malarstwa lądują w spotach i folderach reklamowych, w artykułach prasowych. Niestety, problem leży głębiej. Łódź jest balonem nadmuchanym powietrzem festiwali, ale nie jest to balon z helem, który puszczony unosi się w górę, ale zwykłym smutnym balonikiem, który bez podmuchu wiatru, upuszczony, leci na chodnik. Obaj przyznajemy, że festiwale są potrzebne i przynoszą wiele dobrego, ale zniekształcają prawdziwy obraz miasta i jego sytuacji. A w Łodzi, gdy festiwal się kończy, zaczyna się stara bida.

Kokosowicz w ramach funkcjonowania Corner Marketu chce promować i aktywizować urban art w Łodzi. Jednym z jegopomysłów jest doprowadzenie do oddania zarówno przez miasto, jak i prywatnych właścicieli jak najwiekszej ilości ścian, które mogłyby być swobodnie i spontanicznie zaanektowane przez wszelkiej maści writerów, grafficiarzy, artystów, malarzy, młodzież szkolną.

Podobne rzeczy mają już miejsce na przykład w Warszawie. W 2009 roku Zarząd Dróg Miejskich, pod hasłem „3graffiti“, oddał do swobodnego użytku ulicznych twórców 3 ściany.Niedawno wyznaczył kolejne cztery. Wszystkie są oznaczone i włączone w system informacji miejskiej. W Łodzi jest bardzo dużo miejsc, na remonty których nie ma pieniędzy.W naszej rozmowie często poruszany jest temat przejścia podziemnego przy dworcu fabrycznym. Aktualnie jest ono wymarłe, doskonale nadaje się do zamalowania.
Lepiej wygląda fragment ściany pomalowany nawet przez średniej klasy graficiarza niż brudny, odrapany i zaszczany jak jest teraz“ – komentuje Kokosowicz.

Wracając do Galerii Urban Forms. Wspaniale, że są Aryz, Remed i Os Gemeos. Ale jeśli chcemy rozwijać potencjał kreatywny miasta poprzez street art, trzeba dać przestrzeń jego mieszkańcom. To tak jakby pokazywać Polakom – o, to jest Małysz, paczcie jak pięknie leci! – i jednocześnie nie myśleć o budowie jakichkolwiek skoczni. A gdzie mają w Łodzi malować ci, którzy naoglądali się murali i chcą być tacy sami jak ich idole? Mogą jedynie ozdabiać pustostany na działkach, albo spieprzać w śródmieściu przed policją. A gdyby dać im przestrzeń, może spośród kolejnych warstw lakierów wyłoniłby się jeden lub drugi wyjątkowy talent. Wystarczy stworzyć warunki i dać swobodę tworzenia. Bo chyba nikt nie oczekuje od piętnastolatka składania wniosków, dokumentacji projektu i wielotygodniowej batalii w urzędzie z plastykiem miasta o dostęp do kawałka ściany?

Łódź kreuje. To fantastyczne, że w Łodzi pojawia się coraz więcej widocznych inicjatyw, a ludzie ze swoich pasji próbują stworzyć sposób na życie i chcą kształtować miasto, zmieniając jego oblicze. Świetnie wyglądają nowe twórcze miejsca w gazetach i na blogach, ale rzeczywistość jest trudniejsza niż się wydaje. Łódź powoli staje się miastem kreatywnych inicjatyw i przedsiębiorców, w którym, niestety, wciąż brakuje kreatywnych odbiorców. Łódź wiele zyskuje wizerunkowo dzięki takim miejscom, sama działa jednak zbyt opieszale, asekuracyjnie i kunktatorsko. Corner Market to kolejna inicjatywa, która pewnie prędzej czy później trafi do worka razem z Pan Tu Nie Stał, Owocami i Warzywami, OFFem, Zaraz Wracam czy inicjatywami w Wi-Mie. Miasto będzie się nim chwalić. Tylko, że to są nasze, a nie miasta inicjatywy, powstałe bez pomocy i zaangażowania urzędników. Corner Market mieści sie w miejskiej kamienicy, która ma zostać poddana „rewitalizacji“. Być może za pół roku sklep zmieni lokalizację. Do tej pory nikt z miasta nie zaproponował, żeby po remoncie Corner Market wrócił w to samo miejsce...


Epilog humorystyczny

Podczas mojej wizyty w CM nie mogłem się napatrzeć na śnieżnobiałe ściany. Czemu w sklepie, którego część klienteli, siłą rzeczy, stanowi środowisko grafficiarzy (sam Kokos od kilkanstu lat jest jego częścią) nie ma żadnych tagów, throw-upów czy wlepek? Jeśli coś się pojawia – od razu jest zamalowywane. Kokos tłumaczy, że sklep z założenia nie jest graffkanciapą, a czystość ma go wyróżniać z tła pomazanej i brudnej elewacji budynku. Jednocześnie, farby zakupione w CM, z pewnością lądować będą w knajpianych kiblach (w Spalonych Słońcem raz na 3 tygodnie mamy malowanie), na murach prywatnych i miejskich kamienic oraz przystankach. Gdzie w takim razie leży granica? Gdzie się maluje, a gdzie już nie wypada?
Trwa ładowanie komentarzy...